Strona główna
Internetowej
Gazety Katolików
Maria K. Kominek OPs
Zmarł profesor Stefan Swieżawski


W wieku 97 lat, 18 maja 2004 r., w Konstancinie Jeziornej, w Ewangelickim Ośrodku Diakonii "Tabita" zmarł profesor Stefan Swieżawski. Pochowano go w Laskach 22 maja br.
Wbrew temu, co można było oczekiwać o śmierci Profesora nie wiele napisano w mediach. Wszelkie wiadomości były powściągliwe i bardzo krótkie. Wypisywano oczywiście wszystkie tytuły profesora, ale nie było tego, co można się było spodziewać, gdy odchodzi ktoś, kto w taki czy inny sposób zapisał się w dziejach polskiej kultury i Kościoła. Co prawda w serwisie KAI umieszczono obszerną notatkę o życiu i działalności Profesora, odprawiono uroczystą Mszę św. za duszę zmarłego, a na pogrzebie było aż trzech biskupów, ale szybko zapomniano i można powiedzieć językiem dziennikarskim: "temat zszedł z łam prasy". Ciekawe jest też, że o terminie i miejscu pogrzebu było dość trudno się dowiedzieć. Sam fakt, że pogrzeb zrobiono szybko i częściowo "po cichu" jest co najmniej dziwny.
To wszystko nasunęło mi myśl, że warto zadać sobie pytanie kim był naprawdę Profesor Stefan Swieżawski i co spowodowało to dziwne półoficjalne milczenie po jego śmierci.
Odpowiedź na to pytanie jest trudna.
Otóż jest taki mało znany fakt, który wydaje mi się niezmiernie ważny w poszukiwaniu odpowiedzi: Profesor był tercjarzem dominikańskim. Sam profesor kilka razy wspominał o tym publicznie, ale jednak nie na tyle "głośno", by jego tercjarstwo było powszechnie znane. Mnie osobiście nie udało się nigdy spotkać z Profesorem. Kilka lat temu, gdy pełniłam funkcję przełożonej Trzeciego Zakonu, próbowałam nawiązać kontakt z nim (mieszkał wówczas u "Szarych" Urszulanek w Warszawie), ale odmówiono mi spotkania z powodów prawdopodobnie zdrowotnych. W późniejszych latach z różnych powodów (również i mojego zaniedbania) do spotkania nie doszło. Nie mam więc osobistych wrażeń, mogę tylko się opierać na tym, co wiem z innych źródeł.
Profesor Swieżawski wstąpił do Trzeciego Zakonu w Krakowie, co odnotowane jest w tamtejszych księgach. Kontaktów z Zakonem nie utrzymywał. Wszyscy my, tercjarze dominikańscy, uważaliśmy, że jego niechęć spotkania z nami jest spowodowana tym, że profesorowie nie mają czasu dla zwykłych tercjarzy. Śledząc zresztą życie Profesora i jego wypowiedzi, zdawaliśmy sobie dobrze sprawę z tego, że nie pasujemy do jego "postępowego" sposobu myślenia. Tym większe było nasze zaskoczenie, gdy dowiedzieliśmy się, że w swoim testamencie zostawił nakaz pochowania go w habicie dominikańskim (należy się to każdemu tercjarzowi) i odśpiewania nad jego grobem, zgodnie z wielowiekową tradycją Zakonu, Salve Regina "po dominikańsku".
Pogrzeb Profesora był w pewnym sensie syntezą jego życia: Koncelebra pod przewodnictwem Nuncjusza Apostolskiego, w koncelebrze dwaj biskupi - J. Życiński i B. Dembowski, ks. A. Boniecki, o. M. Pieńkowski, wielu innych księży, (ks. M. Czajkowski podobno nie zdążył, ale wszyscy żałowali, że nie był obecny). Można było ze zdziwieniem zobaczyć siedzących wśród koncelebransów dwóch wyznawców Lutra. Co oni tam robili nie jest do końca jasne. Mogli przecież usiąść w ławkach dla gości, lecz ktoś nadgorliwy udzielił im miejsca "w koncelebrze", co samo w sobie stawiało prawidłowe wykonanie liturgii pod znakiem zapytania. Było też kilku przedstawicieli świata naukowego, Rodzina. Sióstr urszulanek nie było widać, mimo że profesor wraz ze swoją nieżyjącą żoną mieszkał długi czas u nich. Na końcu gdzieś było też kilka tercjarek dominikańskich, przybyłych, by pomodlić się za duszę swego zmarłego brata.
Obecność niezauważonych przez nikogo tercjarek jest dla mnie bardzo wymowna. Wymowna, bo zasadniczo wszyscy, którzy wypowiadali się w czasie pogrzebu, wyrażali przekonanie, że Profesor jest już w niebie. Jak powiedział jeden z obecnych biskupów: "Pan Profesor wyszedł na spotkanie Jezusa !" Dziwne trochę stwierdzenie i mało zgodne z teologią, ale może to tylko sprawa niezręcznego sformułowania.
Obecność tercjarek była jakby potwierdzeniem, że jednak za zmarłych i o zbawienie ich dusz należy się modlić.
Wyżej powiedziałam, że ten pogrzeb był jakby syntezą życia Profesora. Powracam teraz do tego wątku.
Wiele powiedziano na temat jego zasług w "dziele ekumenizmu" i w reformowaniu Kościoła. Wiele pochwał za jego stosunek do św. Tomasza z Akwinu, nieustannych podkreśleń , że według Profesora Swieżawskiego, św. Tomasz nie był jednak zupełnie tym, ze którego uważał go zawsze Kościół. Najwymowniejsze jednak były pochwały, które padły z ust protestantów (zwanych nie wiadomo z jakiego powodu księżmi). Otóż jeden z tych "księży" chwalił Profesora za to, że chciał upowszechnić heretycką myśl Jana Husa, którego Profesor stawiał na równi ze św. Tomaszem ?!
Na koniec wszystkich przemówień i pochwał odezwał się przedstawiciel Zakonu Dominikanów o. M. Pieńkowski OP. Wyszedł szybko na mównicę i trochę skrępowany stwierdził, że on musi powiedzieć, bo "przełożeni mu kazali", że Profesor będzie pochowany w habicie dominikańskim. Potem szybko zmienił temat i zaczął opowiadać jak wiele Profesorowi zawdzięczają dominikanie, których uczył podejścia do św. Tomasza. (Miejmy nadzieję, że nie przekazywał im również swego zachwytu dla Husa!)
Dlaczego o. Pieńkowski musiał powiedzieć publicznie o fakcie pochowania w habicie? Tego nie wiem, mogę tylko podejrzewać, że ten warunek był zawarty w testamencie Profesora. Nie powiedział jednak, że habit mu się należał ze względu na przynależność do tercjarstwa. Ktoś mało zorientowany, mógł pomyśleć, że każdy, kto sobie zażyczy może być pochowany w habicie dominikańskim czy franciszkańskim, czy jakimkolwiek innym. Tercjarstwo Profesora, jako coś wstydliwego lub niegodnego tak wielkiej osoby, zostało przemilczane.
A jednak pod koniec życia Profesor życzył sobie ten habit i można domniemać, że mimo swoich sympatii dla protestantów, w obliczu śmierci cenił sobie swoją przynależność do Zakonu i chciał, by św. Tomasz z Akwinu mógł go rozpoznać na Sądzie i się wstawić za niego. Życzył sobie też odśpiewania Salve Regina, być może pokładał nadzieję w to, że Matka Litościwa, słysząc pieśń, którą zawsze dominikanie Ją przywołują, wyjdzie na spotkanie jego duszy i poprowadzi do Chrystusa. Być może nawet żałował za wszystkie szkody, które wyrządził Kościołowi przez swój "ekumenizm" i zachwyt dla herezji Husa.
Nie padło jednak na ten temat żadne słowo. Widać, że w oczach bardziej postępowych kapłanów bycie tercjarzem dominikańskim jest czymś mało chwalebnym.
Tak skończyło się długie życie człowieka, który był "luminarzem" nauki i "postępowym" katolikiem. Spoczął w grobie jako skromny tercjarz i tercjarze będą się modlić aż do końca wieków o zbawienie jego duszy. Tercjarze bowiem codziennie modlą się za zmarłych swego Zakonu słowami: Od bram piekielnych wybaw dusze ich, o Panie!

31 V 2004